WTK 2018 Bookhaul


WTK18 – Bookhaul


Ogólnie nie przepadam za wyrazem „haul”, który kojarzy mi się w śmieszny sposób, ale przeżyję to jakoś :D
Pomysłodawczynią do napisania przeze mnie tego postu była Słomka, której filmik przed momentem odpaliłem na jutubach. Ogólnie, zastanawiałem się nad tym wcześniej, ale to do Uli należy składać gratulejszyn, że mnie pchnęła do tego, bym jakoś wykorzystał (produktywnie) wolną niedzielę.
Także tak… Na zewnątrz, lekko deszczowa pogoda, a w domciu odpalony wiatraczek, uchylone okno (coby słyszeć jak drobne kropelki deszczu uderzają o zadaszoną werandę – a że mój pokój znajduje się na piętrze, jest jakiej symfonii nasłuchiwać), a na spotify zapuszczony, jakże klimatyczny w taką pogodę, soundtrack z „Króla lwa” (Hans Zimmer „King of Pride Rock”) i lecim z tematem!
Specjalnie na potrzeby tegoż wpisu, szarpnąłem się i nagrałem za pomocą instagramowego boomerangu, kilka klipów, bo fociaki możecie obejrzeć na instagramie. A propos instagrama, mój nick przybrał bardziej ksiażkowy charakter i zmienił się z @tpiapiac_rw na @bookthefly. Oczywiście spamersko zachęcam do odwiedzenia, subowania i lajkowania fociów.
Nie przedłużając jednak, na WTK w tym roku wybrałem się w czwartek 17 (lot do Warszawy), tak by móc odwiedzić stadion przynajmniej raz (byłem tam dwa – w piątek i sobotę). Odgórnie zaplanowałem sobie, że jadę w tym roku głównie dla towarzystwa i tego się trzymałem. Książek kupiłem kilka, jednak nie szalałem na nowościach, bo, pomijając że jestem z nimi mocno do tyłu, nie wszystkie z książek, o których mówią sławni blogerzy w swych ostatnich wpisach lub filmikach jarają mnie równie mocno. Skupiłem się na tych książkach, które w jakiś sposób przyciągnęły moją uwagę.
W piątek dokonałem chyba największej ilości zakupów, błądząc z Dominiką (@katuriaa) po tych działach, które chcieliśmy odwiedzić. W moim przypadku były to: tania książka (pozycje używane i dyskonty typu nieprzeczytane.pl), Bellona (napaliłem się na klasyki, ale okazały się droższe niż się spodziewałem, dlatego darowałem sobie to wydawnictwo), komiksy. W przypadku tych ostatnich, skupiłem się na jednym tytule, który był dość szeroko komentowany z tego powodu, iż pojawia się w języku polskim. I może od tej książki, bo chodzi właśnie o książkę, a nie mangę, zacznę.

C.S. Pacat „Zniewolony Książę”



Jako że temat BL w azjatyckim komiksie (czy to shounen ai, czy yaoi) nie jest mi specjalnie obcy (taki ze mnie fudashi…), nie wydaje mi się dziwnym, że wybrałem ten tytuł, choć dookoła było tyle tomików z „Shokugeki no Soma” i „Fairy Tail” na czele… Nie ukrywam, słowa Hasacza (a.k.a Book Emperor i not.so.geeky) były dodatkowym motywatorem, bo kto jak kto, ale Weronika zna się na temacie mang jak mało kogo znam...
Pierwszy tom trylogii przeczytałem w jeden dzień i przyznam szczerze, o czym zresztą dałem znać na insta w stories, że mam co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony, jak Weronika mówi – jeśli patrzeć na tę historię przez pryzmat „nosiciela rozrywki” to jest to przyjemnie lekka lektura o ciekawym zarysie fabularnym i nawet nieźle przedstawionym świecie. Z drugiej strony jednak, sporo w tym naprawdę płytkich zagrywek, mających grać na emocjach, jak również masa niedopowiedzeń... Istna plaga takich głupich szczegółów, których nikt nie wyjaśnia. Dla przykładu, w dalszym ciągu zastanawiam się, jak to wygląda, kiedy przycina się bródkę w stylu… bodajże vereńskim / nieszczególnie pamiętam, o które z państw chodziło. W każdym razie, rozumiecie o co chodzi… Autorka przedstawia coś, ale nie tłumaczy co to jest i takich pierdolników jest kilka w tej powieści i masa w całej serii. Być może jest to wina tłumacza, bo w późniejszym czasie z ciekawości przeczytałem też kolejne dwa tomy, w których było trochę mniej tego typu głupot (pomijając angielskie słowa, których w życiu nie słyszałem, a których autorka nie szczędziła, jeśli o opisy chodzi, a które z łatwością dawało się zastąpić mniej archaicznymi odpowiednikami).
Ogólnie, lektura dla niewymagającego czytelnika. Rozochocone czternastoletnie yaoistki, dla których prawdopodobnie powstało to dziwadełko, pewnie szybko wyschną, bo fabuła jakoś tak, w wymijający sposób traktuje o sprawie BL, co może jest i lepsze – niestety, kwestia wątku politycznego, jeśli można to tak nazwać, również nie wnosi żadnego powiewu świeżości, a wręcz jest to dość przewidywalna rzecz. Było kilka rzeczy na „wow”, ale w ogromie neutralności zahaczającej o meh, jakoś nieszczególnie wybijały się one przed szereg. Można sięgnąć dla samej relacji (w początkowym stadium, bo bywa zabawnie) Damena i Laurenta. Swoja drogą, zastanawiam się ciągle, czy „Laurent” powinno się czytać bardziej jak francuskie „lorą”, czy może angielskie „loren”. Skłaniam się ku drugiej opcji, choć pierwsza bardziej pasuje do charakteru postaci. Taka tam zagwostka… Myślę nad napisaniem bardziej szczegółowej recenzji o całości historii, ale to w późniejszym czasie.


Przechodząc dalej, mam do powiedzenia o kilku książkach, które kupiłem za grosze w dziale używanych. Jest ich dokładnie sześć, a ich cena nie osiągnęła sześćdziesięciu złotych – niezły deal…
Pierwszą z nich jest pozycja o wdzięcznym tytule „Ogry”, napisana przez Stephena Russbülta. Jako że medialnym patronatem książkę objęła Nowa Fantastyka, nie może być źle. Książkę kupiłem na stoisku Antykwariatu Grochowskiego (adres sklepu to ul. Kickiego 12, Warszawa / dostałem zakładkę z adresem gratis, więc podaję. Przy następnej wizycie w stolicy, na pewno tam zajrzę!).



Kolejne dwie pięć książek kupiłem przede wszystkim dla okładek, choć i tu sprawa nie jest do końca w tym kierunku nastawiona. Faktycznie, mój zmysł piękna odezwał się, krzycząc wręcz, że muszę dostać te cudeńka, ale ciekawość związana z treścią, również podziałała na korzyść wydania pieniążków.
Nie będę się rozwodził nad tymi tytułami, bo żaden mi nic nie mówi (jeszcze nie zacząłem czytać żadnej z nich, ale nastawiam się na „Faraona”.

Bolesław Prus „Faraon”


Tomasz Jodełka-Burzycki „Baśnie Polskie”


Irena Łossowska „Bajki”


Andrzej Z. Makowicki „Gra Słówek”
Stanisław Grzeszczuk „Staropolskie frywolności plebejskie”



Idąc dalej, zostało mi sześć książek, na które polowałem od dłuższego czasu i chciałem znaleźć je w fajnych cenach – do czasów targów, z mizernym skutkiem mi to wychodziło, ale mam już, nie trzeba szukać :D

Peter V. Brett „Otchłań” I i II


Przedostatnie dwie to książki, których szukałem przez dłuższy czas, licząc że wyhaczę je gdzieś w dobrym pakiecie, bo są w miarę drogie. Niemniej, kiedy wziąłem je w ręce na targach, przypomniało mi się dlaczego. To niesamowite wydanie. Szata graficzna. Kolorowe krawędzie kartek. Przepaska… Sam seks styl. Mowa oczywiście o „Szóstce Wron” i „Królestwie Kanciarzy” autorstwa znanej i lubianej za trylogię Grisza Leigh Bardugo.


I na sam koniec (o najdroższej książce z targów w innym poście - o języku koreańskim :) ), książki, które od początku mnie nie przekonywały, a które mam głównie dla okładek. Kupiłem pierwszy tom jakiś czas temu, postanowiłem więc sięgnąć po kolejne, ażeby ładnie wyglądały na półce… Dwa kolejne po „Księdze Luster” tomy „Kronik Jaaru” („Czarny Amulet” i „Siedem Bram”) polskiego autora Adama Fabera. Może kiedyś się odważę i przełknę ten mało atrakcyjny opis w stylu: „Gdyby Harry Potter był dziewczyną...”. Bardzo, bardzo słaby chwyt.



Meizu 15. Krok naprzód czy jubileuszowy kicz?





Markę Meizu jedni znają lepiej, drudzy gorzej, faktem – o którym było nieco głośniej w ostatnim czasie – jest to, że w tym roku Chińczycy celebrowali swoje piętnastolecie.
Od pierwszego telefonu, jaki pojawił się w portfolio firmy, czyli modelu MX (4-core) do najnowszej serii produktów oznaczonych liczbą 15, pod szyldem Meizu pojawiło się wiele urządzeń, choć jak to zwykle bywa, nie wszystkie z nich warte są większego zainteresowania. Przyznam szczerze, co jest oczywiście moją subiektywną opinią, podchodzę sceptycznie do najnowszych produktów, które Chińczycy zaprezentowali światu zaledwie kilka dni temu i postaram się wytłumaczyć, dlaczego tak to ze mną jest...
Pierwszy zarzut jak mam do Meizu to sama idea wydania jubileuszowego produktu.
Nie od dziś wiadomo, że ta chińska firma stylizuje się na wzór pewnego amerykańskiego giganta branży mobilnej, w którego logo znajduje się nadgryzione jabłko. Wobec tej świadomości, naprawdę, nie mogę pozbyć się wrażenia, że pomysł na „piętnastki”, został żywcem zerżnięte od Apple i stanowi pozostałość po iPhonie X, który dziwnym zbiegiem okoliczności również został wypromowany jako produkt jubileuszowy – stricte mówiąc, na dziesięciolecie marki jaką niewątpliwie stał się iPhone.
Z tym pierwszym, nierozerwalnie wiąże się także fakt, że dla wielu (w tym dla mnie) to właśnie Meizu (choć wyniki sprzedażowe tego jeszcze nie potwierdzają) jest „chińskim Apple”. I w tym momencie warto wspomnieć nieco o samej stylistyce telefonów. Przyznam szczerze, że design większości ich smartfonów, naprawdę do mnie przemawia. Wielu powiedziałoby, że wyglądają one jak każdy inny „chinol”. To prawda, jednak trzeba odnotować, że Meizu było jedną z pierwszych firm, które zaczęły w taki właśnie sposób projektować swoje urządzenia – głównie chodzi o minimalistyczny przód z owalnym przyciskiem home i ukrytym w nim skanerem linii papilarnych. Co więcej, do pewnego stopnia imponowała mi konsekwencja z jaką od wielu lat Chińczycy wprowadzali na rynek smartfony ujednolicone stylistycznie, tworząc w ten sposób swój znak rozpoznawczy.
Oczywiście to, że w późniejszym czasie pojawiła się masa innych produktów konkurencji, które wykorzystały ten sam patent, skutecznie odciągnęła uwagę od, powiedziałbym, kreatora tego stylu. Niemniej, jeśli ktoś śledził poczynania Meizu od dłuższego czasu, z pewnością się ze mną zgodzi w tej kwestii.
A wspominam o tym dlatego, że w ciągu kilkunastu lat swojego istnienia, Meizu kilkukrotnie zdołało pokazać coś nowatorskiego, co wnosiło powiew świeżości na rynek okupowany przez bardzo podobne do siebie urządzenia. Abstrahując od wielu odgrzewanych kotletów z budżetowej linii M, które z kolei garściami czerpią z droższego rodzeństwa, pojawiło się w dziejach Meizu kilka śmiałych pomysłów, które przykuwały uwagę, a których próżno szukać w jubileuszowych modelach. Niestety.
O jakich pomysłach mowa? Choćby o drugim ekranie znanym z poprzedniego flagowca – modelu Pro 7 i jego powiększonej wersji z plusem w nazwie.
Pojawienie się Pro 7 na rynku to także długo oczekiwana zmiana formy. Tak jak w przypadku Sony, tak i Meizu przez bardzo długi czas stawiało na polegającą na drobnych poprawkach ewolucję swojego stylu, tymczasem ubiegłoroczny flagowiec był, jak na Meizu, krokiem w kierunku czegoś z goła innego. Choć w praktyce nie zmieniło się tak wiele, wprawne oko dostrzeże to, co najważniejsze, czyli oddalenie się od koncepcji „iphone’a z androidem”.

Meizu Pro 7

Tymczasem mamy rok 2018. Dwanaście miesięcy po pokazaniu, moim zdaniem, naprawdę ciekawego produktu, który wprowadzał jako taki powiew świeżości (nie powiem, że coś kompletnie nowego, bo LG V10 czy YotaPhone...), firma postawiła na to, z czego zrezygnowało samo Apple.

Meizu 15

Każdy pewnie domyśli się, że kpię sobie z kształtu czytnika linii papilarnych, który notabene nie jest wcale potrzebny, z racji istnienia skanera twarzy, który zaimplementowano w nowe flagowce. Oczywiście ten stylistyczny „smaczek” pozostanie kwestią dyskusyjną – jednym się to spodoba i powiedzą coś w stylu: „Wow, nawiązanie do MX4” (kiedyś flagowego modelu); drudzy, jak ja, stwierdzą, że rezygnacja z kształtu czytnika kultywowanego przez 14 lat, na rzecz okrągłego, podrzucającego wyobraźni jednoznaczne skojarzenie, to słaby pomysł, jeśli chce się zrywać z wizerunkiem „ajfona dla ubogich”. Ale żeby było jasne – według mnie, „15” (uogólniam – jedna nazwa dla dwóch flagowych modeli) i M15 nie są brzydkie, jednak ich istnienie zaprzecza wcześniejszej idei o zmianie imidżu marki.

Meizu MX 4

Mówiąc o Meizu nie sposób nie wspomnieć o Flyme. W tym roku firma pokazała kolejną odsłonę swojej autorskiej nakładki. W dalszym ciągu angażuje ona jeden przycisk systemowy i oparta jest na gestach, co w świecie androidowej konkurencji, jest rzeczą naprawdę wartą uwagi. Flyme jest, po prostu, inne. Innego podejścia można doszukiwać się choćby w domyślnej nawigacji po systemie. I w tym miejscu muszę pochwalić i jednocześnie zganić producenta...
Pochwalić za to, że coś w końcu ruszyło. Od ostatniej aktualizacji nakładki minął ponad rok, choć faktem jest, że niektóre z urządzeń dopiero niedawno dostały informację o możliwości wejścia na wyższy poziom. Zaczynam dostrzegać pewne pozytywy wynikające z podziału firmy na trzy niezależne działy, bo widać, że w tym braku organizacji jest jednak jakaś metoda :D
Nowa wersja nakładki (OS 7) z widocznych zmian poza stylistycznymi (nowy wygląd ikon czy animacji) wprowadza kilka udogodnień dla użytkownika, a ja, stawiając swój egocentryzm na pierwszym miejscu, pochwalę alfabetyczne sortowanie aplikacji. Osobiście, takie rozwiązanie ceniłem sobie w czasach korzystania z lumii, więc lojalnie muszę docenić świadomość istnienia takiej możliwości we Flyme.
Niemniej jednak, nowy soft w dalszym ciągu oparty jest na starszej wersji Androida, wcale nie wolnej od bugów. I teraz weźmy pod uwagę to, że na starsze oprogramowanie, Meizu chce wprowadzić nowszą wersję nakładki, której optymalizacja również wymagać będzie pewnej ilości pracy. Zapewne minie jeszcze sporo czasu, zanim oficjalny update wyjdzie z fazy beta i trafi na urządzenia. A odnośnie listy telefonów, które dostaną wsparcie – miło, że w tym przypadku jest po aplowsku i naprawdę spora ich liczba może liczyć na „nową” wersję oprogramowania.
Patrząc z perspektywy tego czym Meizu się chwaliło na prezentacji Flyme 7, nie ma fajerwerków. Oczywiście wszystko wyjdzie w praniu, ale zanim do tego dojdzie, użytkownik musi dostać informację o możliwości aktualizacji, a doświadczenie uczy, że mimo zapewnień o prężnym działaniu w tej materii, lepiej nie nastawiać się na szybkie pojawienie się wersji globalnej, choć miło byłoby nie mieć tutaj racji :D
No dobra. Kończąc już powoli, abstrahując od „łał i łee”, przejdę do rzeczy śmiesznej
i śmieszniejszej.
Więc... Śmieszną niezmiennie od kilku lat rzeczą jest nazewnictwo modeli. Wspomniałem wcześniej, że w kwestii podejścia do designu Meizu podobne jest do Sony. Ale, jeśli chodzi o sprawy związane z nadawaniem imion swoim mechanicznym dzieciom, Chińczycy są jak Samsung. Ale nie teraźniejszy, smutny i poważny Samsung. Chodzi o wesołego, plastikowego Sammy’ego sprzed kilku lat. Tego gagatka pełnego core’ów, prime’ów, maxów i innych takich chochlików-psotników...
Od czasów, kiedy wszystko wyglądało całkiem nieźle, znane było firmie tylko jedno oznaczenie i było to MX. Jeden topowy produkt każdego roku – ruch znany z Apple, a jakże! I to się sprawdzało, aż przez trzy lata... Później przyszła kolej na wprowadzenie modelu budżetowego i w ten oto sposób narodziła się linia produktów o oznaczeniu M, a wraz z nią nastąpiły czasy zgiełku i braku umiejętności poskładania portfolio do kupy. Ale po kolei, żeby miało to ręce i nogi. W miarę wznoszenia się na fali popularności, MX zostało zdegradowane o jedno oczko i na jego miejsce wskoczyła linia Pro, której początek sięga modelu MX4 Pro i niestety kończy się prawdopodobnie na Pro 7.
Gdyby wszystko wyglądało w ten sposób (Pro > MX > M) byłoby świetnie, prawda? Niestety nie ma lekko, dlatego firma zadziałała z nowymi nazwami dla starych produktów. Swoją drogą to niezły pomysł na poprawę podupadającego budżetu – sprzedać kilka razy to samo, ale w nieco innym opakowaniu. Doszły oznaczenia jak A, E, U, czy też X. Nie mówiąc już o dopiskach w serii M, jak M-s, M-e i M Metal. W zasadzie, jeśli o serię M chodzi, to najciekawszą rzeczą jest niewątpliwe fakt, że pewnego czasu (bodajże rok 2016), na rynku było równocześnie ośmiu przedstawicieli jednej rodziny produktowej. Niektórzy producenci całe swoje portfolio opierają na mniejszej ilości urządzeń, tymczasem Meizu miało tyle budżetowców!
Z flagowcem jest historia taka, że jego nazwa przyjemnie ewoluowała, jednak w tym roku, jakby... cofnęła się. Był MX, zastąpiony później przez MX Pro, by w końcowym etapie tej ewolucji stać się po prostu Pro. Tymczasem pojawiło się teraz Meizu 15 (a w budżetowcach po familii M6 przyszedł czas na M15), który burzy całą harmonię.
Jeśli Chińczycy zdecydowaliby się skupić na linii trzech urządzeń, a resztę powierzyć siostrzanej marce mBlu, byłoby to niezłe rozwiązanie. Trzech przedstawicieli trzech segmentów – zupełnie jakby kontynuować z M, MX i Pro. Jednak mówimy o Meizu, firmie, która ma obecnie największy burdel w portfolio i niestety nic nie wskazuje na to, by coś miało ruszyć ku uproszczeniu tego rozgardiaszu.
Osobiście, liczę w kwestii nomenklatury na to, że „15” jest tym, czym „X” jest dla Apple i firma ostatecznie nie zrezygnuje z Pro, ale sprawi, że obie linie (przyszli następcy 15-stek) będą współegzysować na tej samej zasadzie jak iphone 8 i X. Innymi słowy standardowe wersje flagowca plus „pokaz siły i umiejętności”. W grę wchodziłoby też ewentualnie połączenie sił Pro i 15-stki w celu utworzenia naprawdę kozackiego tworu, ale o tym się dopiero przekonamy...
Podsumowując, na koniec zostawiłem sobie najśmieszniejszą rzecz, która jednocześnie denerwuje mnie chyba najbardziej. Mowa oczywiście o podejściu zarządu firmy do modeli z serii 15.
Już przed premierą tych trzech urządzeń, dowiedzieliśmy się, że nie wniosą one wielkiej rewolucji i na taką przyjdzie nam poczekać do końca roku, kiedy to światło dzienne ujrzy Meizu 16 (i zapewne 16 Plus i M16).
Wobec tego, moje pytanie brzmi... Czym te przeklęte „piętnastki” są?
Trudno jest mi pogodzić się z myślą, że w taki sposób Meizu uczciło swój jubileusz. Pokaz możliwości niczym Apple zrobiło z iphonem X? Wątpię. Najlepiej zapowiadający się z zaprezentowanej trójki 15 Plus nie wnosi nic nowego. Choć trzeba przyznać, że brak procesorów Mediateka u całej trójki to jest jakiś przełom w dziejach firmy. Z drugiej strony jednak, 15 ze snapem 660 i 15 Plus z zeszłoroczną topką samsungowskiego exynosa, jakoś tak... Mało w tym prestiżu. I do diaska, czemu bez patentów, których Meizu przecież zastrzegło sobie kilka
w ostatnim czasie (choćby ten dotyczący aparatu wbudowanego w ekran).
Według mnie, nikt by się nie obraził, gdyby zamiast 15-lecia, firma postawiła na celebrowanie szesnastu lat istnienia, ale pokazała wtedy naprawdę przełomowe produkty. Oczywiście, jako przedsmak tego, co może nas czekać pod koniec roku, tegoroczne, jubileuszowe modele to całkiem przyjazna zapowiedź i w tę stronę chcę kierować swoje zawiedzione myśli. Chcę myśleć, że teraz wyszło słabo, ale za to przez całą zimę będę składać kości szczęki, po tym jak z wrażenia rąbnie mi o ziemię po prezentacji Meizu 16.


WTK 2018 Bookhaul

WTK18 – Bookhaul Ogólnie nie przepadam za wyrazem „haul”, który kojarzy mi się w śmieszny sposób, ale przeżyję to jakoś :D Pom...