Jak żyć #5


Nieduże podsumowanie roku 2017, który był…


Szczerze mówiąc, trudno jest mi się jednoznacznie odnieść do moich, jakby to ująć, „wrażeń”. Zaczęło się całkiem nieźle, ale wystarczyło pół roku, by zmieść mój dobry nastrój powierzchni Ziemi. Mam wrażenie, kłody pod nogi były mi przez los dozowane, bo pojawiały się dopiero, a jednocześnie zarazo tym, gdy w życiu zaświecało się malutkie światełko… nieduży ognik nadziei.
Jak inaczej mógłbym zdefiniować uprzedni rok? Nazwałbym 2017-stkę okresem upadków, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Raczej nikomu się nie zwierzam, kiedy w mojej głowie dzieje się źle, a trzeba przyznać, okres około grudniowy (zastanawiam się czy powinienem napisać to łącznie, osobno, a może z myślnikiem…) był niezwykle wyczerpujący,  a jego finał (nie myślę o nocy sylwestrowej) to idealne zwieńczenie podłości wynikającej ze złośliwości rzeczy martwych, gdzie słowo „martwy” jest nad wyraz obrazowe…

Ale 2017, jak na ironię, to także czas wielu odkryć i odnajdywania siebie. Długo zastanawiałem się, czy chcę w ogóle o czymś takim pisać, jednak wydaje mi się to dobrym pomysłem i poniekąd miłą odmianą i kuracją w jednym.

Otóż, nauczyłem się o sobie więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a mając lat (zaraz) 26, to dość odważne (lub głupie) stwierdzenie, tak myślę. Oczywiście, w dalszym ciągu nie wiem do czego dążę w świecie, jednak poznałem kilka rzeczy, które poszerzyły moje horyzonty na różne tematy, które, o dziwo, naprawdę mnie sobą zainteresowały. Począwszy od DIY i minimalistycznego styl życia (co jest sporym wyzwaniem, zważywszy na to, że ja lubię posiadać i mieć do czego wracać), przez hobbystyczną fotografię (przymierzam się do analogowej) oraz podróże, i kończąc na nowoodkrytym stylu blogowania (raczej chodzi o literacką część mojego hobby).

Zaczynając od końca. Udało mi się skończyć swoje autorskie opowiadanie pt. „Bractwo Yōkai”, a przynajmniej jego pierwszą część. Fakt faktem, ostatnie dwa rozdziały pojawiły się na przełomie 2017 i 2018, ale to i tak miła odmiana, po czasie wielomiesięcznej artystycznej posuchy. Jestem z siebie dumny, mimo iż opowiadanie samo w sobie nie jest idealne i wiele bym w nim zmienił. Abstrahując od fantastyki, przymierzam się do czegoś nowego. Pierwszą rzeczą jest obyczajówka z elementami dramatu, coś jak mój wcześniejszy twór – „Pozwól deszczowi padać”, ale znacznie dojrzalszy stylistycznie. To  ta sama rzecz, którą chciałem opublikować na tym blogu, gdzie już przygotowałem odpowiednią zakładkę. Niemniej jednak, praca trochę stanęła w martwym punkcie… i będąc przy tej, powtarzającej się emocjonalnej martwicy, zacząłem ostatnio pisać coś, co było i jest efektem ubocznym, bardzo złego samopoczucia (związanego z uprzednim rokiem, jakżeby inaczej) i chciałbym to ukończyć. Niezależnie od długości jaką osiągnie ten twór, będzie to coś co, uważam, jest mi potrzebne, by pogodzić się z wieloma osobistymi stratami i jako że nie mam pojęcia, czy zdołam sprostać zadaniu i spisać to coś do końca, dalej idąc tym tokiem – opublikować to gdziekolwiek, mogę zdradzić, że tej historii nadałem tytuł: „Coraz częściej myślę o samobójstwie”, jak dla mnie bardzo wymowny.

Podróże to coś, dlaczego w ogóle zacząłem zastanawiać się nad swoim ukończonym już kierunkiem studiów (Turystyka i Rekreacja, US WNoZ, Szczecin), ale z perspektywy czasu, choć nie żałuję wszystkiego, nie była to rozsądna decyzja. Magisterka ze studiów, po których trudno znaleźć mi interesującą mnie pracę to cios w sam środek pięcioletniej edukacji. Bo po co mi to było? Dla wyjazdów ze wspaniałymi ludźmi, chyba po to…  Niemniej, staram się wyjeżdżać i poznawać. Gdy nie czuję się na siłach, najczęściej biorę książkę (tematycznie odpowiadającą mojemu nastrojowi) i jadę nad Jezioro Miedwie.


Śmieszna rzecz,  że między innymi w ten właśnie sposób, odkryłem w sobie zafascynowanie do prostej fotografii. A pstrykam dużo, by potem długo wybierać najlepsze ujęcia. Wiele z nich znajduje się na moim instagramie (tym nieksiążkowym – @tpiapiac), choć uważam, że zrobić interesujące zdjęcie książki jest o wiele trudniejsze niż machnąć kilka fajnych martwej naturze (co jest chyba głównym tematem większości moich zdjęć). Wszystko dzięki telefonowi. Nie mam zaawansowanego sprzętu, ale prawdę mówiąc, wcale go nie potrzebuję, bo raczej nie szukam w fotografii pasji ani pracy na pełen etat, to dla mnie jedynie sposób odreagowania. Kuracja…


Minimalizmem z kolei zacząłem interesować się już jakiś czas temu, jednak to w 2017 nastąpił u mnie prawdziwy bum i chęć jakichkolwiek zmian. Zacząłem od prostego designu – zmiany swojego najbliższego otoczenia (czyt. własnego pokoju). Wywaliłem ramę łóżka i śpię na materacu; przemalowałem (dzięki, tato!) ściany, pozostawiając główną czarną, co oczywiste; zmieniłem umeblowanie, wstawiając w końcu regały z prawdziwego zdarzenia na książki. Coraz więcej pochłaniałem treści o życiu w trasie (zbudowanie własnego kampera, podróżowanie i odkrywanie świata na własną rękę, bez wielu konieczności polegania na kimś innym. Oczywiście, domy zbudowane z kontenerów też się pojawiły w fantazjach… Niemniej, nie mam chyba odwagi. Jestem za bardzo introwertykiem – za bardzo flegmatykiem, by zacząć działać na taką skalę i za bardzo melancholikiem, by przestać o tym myśleć… A będąc już w świecie refleksji nad własną osobowością, w 2017 odkryłem, że nie jestem jednak spod znaku Małpy (tyle lat w kłamstwie, bo aż dwa). Książka o chińskiej astrologii wskazała, że jestem Kozą. Uwierzcie lub też nie, ale nagle wszystko stało się tak jasne, tak logiczne, że aż piękne w swoim braku litości. Jestem podwójnym rogaczem – Koziorożcem-Kozą. Cóż… racicy nie oszukam :P



Jakby nie było, leciało dalej i przyszła kolej na nowe nieznane lądy, jak DIY, które raczej dopiero przybędzie, kiedy tylko wybiorę się do miasta w celu zakupu knotów i tekstyliów. Mam zamiar skończyć też projekt kociej zakładki (szkoda tylko, że zgubiłem gdzieś szablon), a ostatnio zafascynowała mnie również personalizacja notatników i organizerów, które wielbię… Czas odwiedzić TKM i Empik.


Cóż… Muszę przyznać, że słabości, które odkrył przede mną rok 2017, choć w wielu aspektach zrównał z ziemią moje ambicje, przyniósł mi też kilka korzyści. Nie chcę mówić, że był to szczęśliwy okres, bo póki co jestem w stanie przywołać w pamięci tylko te gorsze momenty, ale te kilka dobrych momentów pozytywnie na mnie wpłynęły i pozwoliły jakoś przetrwać czas, kiedy naprawdę miałem ochotę palnąć sobie w łeb…


Lois Lowry „Skrawki błękitu”

LOIS LOWRY
„SKRAWKI BŁĘKITU”




Autor: Lois Lowry
Tytuł oryginału: „Gathering Blue”
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 292


Już jakiś czas temu przeczytałem „Skrawki Blękitu”, które z kolei w moich dłoniach pojawiły się jakiś czas po przeczytaniu „Dawcy”. Już wtenczas, kiedy pożyczyłem od siostry pierwszy tom tego czteroczęściowego cyklu, wiedziałem, że chcę kiedyś znaleźć się w posiadaniu całości. Kiedy już do tego doszło, od razu zabrałem się zadrugi tom – opisywane w tym tekście „Skrawki błękitu” i choć lekturę ukończyłem dosyć dawno temu, nie mogłem zebrać się na siłach, by napisać recenzję ani też sięgnąć po trzecią część cyklu – „Posłańca”. Nie nazwałbym tego lenistwem, a dozowaniem przyjemności.

Kwartet „Dawcy” to ten typ książek, który sprawa, że nie chce się przestawać czytać lub, jak moim przypadku, stara się zatrzymać historię na jak najdłużej – stąd też tak długie przerwy między czytaniem poszczególnych tomów. Niemniej jednak, co do tych przerw… Dopisać pod to mogę jeszcze jeden powód, przez który wstrzymuję się z ukończeniem serii, a chodzi o chęć sięgnięcia po coś innego, co nazywam sobie „rozweselaczem”. Kwartet „Dawcy” opowiada bowiem scenariusz dystopijnej przyszłości, który, jak najbardziej, mógłby się ziścić, tylko co wtedy?

Bohaterką i narratorem historii jest tym razem Kira (w pierwszym tomie, był to Jonasz). Dziewczyna urodziła się z kalectwem – jedna z jej nóg jest wykręcona, przez co musi ona wspierać się o lasce podczas chodzenia, co i tak sprawia jej sporo bólu. W miejscu, w którym przyszła na świat, już jako dziecko  została uznana za przeszkodę w rozwoju społeczności i gdyby nie interwencja matki, prawdopodobnie zostałaby z niej wyeliminowana. Tu właśnie określony został główny problem dystopii – dosłowne dążenie po trupach do perfekcji, co tylko pozornie wydaje się idealnym rozwiązaniem…

Zagmatwane? Takie być powinno. Lois Lowry w niesamowity sposób łączy tu wątki życiowe z niecodziennością. Co więcej, autorka robi to w sposób, który pokazuje, że nawet prosty styl, jest w stanie skupiać na sobie uwagę czytelnika. W powieści, dość krótkiej i prostej fabularnie, pojawia się sporo nowych tajemnic, co tylko pogłębia pewnego rodzaju zniecierpliwienie u osób czytających. Przyznam szczerze, początek tej książki mocno mi się dłużył, ponieważ chciałem za wszelką cenę odnaleźć powiązania z pierwszym tomem, którego otwarte zakończenie nieco zaburzyło moją emocjonalną równowagę… Pod koniec lektury, kiedy zaczynałem na nowo rozumieć, co się dzieje, nie byłem w stanie wyjść z podziwu wobec kunsztu literackiego Lowry. Zarówno „Dawca” jak i „Skrawki błękitu” to pozycje przystępne stylistycznie, które, mimo nagromadzenia tajemniczych wątków, przeznaczone są dla młodszego czytelnika, ale nawet ja, mając  lat (zaraz) 26, mimo iż zacząłem łączyć wszystko w całość, zostałem zaskoczony końcowym obrotem spraw, którego kompletnie się nie spodziewałem, a który, gdyby się nad tym zastanowić, o ironio, wydaje się być od początku totalną błahostką!

Poza wciągającą (mniej więcej od środka) fabułą, na sukces tej pozycji składają się też jej bohaterowie. W moim odczuciu, zostali oni skonstruowani na zasadzie kontrastu i stanowią rozbudowane tło dla perspektywy narratora. Innymi słowy – jeśli można określić Kirę jako postać neutralną, w jej otoczeniu można dopatrzeć się zarówno charakterów pozytywnych, jak i ich kompletnych przeciwieństw. Cała „trójka” bez przerwy ściera się ze sobą, tworząc coś nowego, pokazując zupełnie nowy wymiar walki dobra ze złem, który ukradkiem jest przemycany na stronicach całego cyklu. Jest to o tyle ważne spostrzeżenie, o ile właśnie, obecność pobocznych bohaterów w końcówce lektury, staje się wątkiem przewodnim dla kontynuacji, czyli tym, na co czekałem od początku lektury ze „Skrawkami błękitu”. Ale oczywiście nie mogło być inaczej, dlatego zakończenie drugiej części „Dawcy” mnie jednocześnie pocieszyło (bo czekałem na ten moment, kiedy historia przedstawiona w pierwszym i drugim tomie się ze sobą zazębi) oraz trochę demotywowało (pojawiło się sporo nowych tajemnic).

Zakończenie to oczywiście jedno z wielu zaskoczeń, których się nie spodziewałem, a które kompletnie zbiły mnie z tropu (do czasu aż sięgnąłem po „Posłańca”, czyli tom trzeci). Niemniej, między innymi dla tego typu właśnie cliffhangerów, aż tak dobrze czyta się tę historię – bo nigdy, tak do końca, nie wiadomo, czym zaskoczy nas autor. Lois Lowry udało się po raz kolejny zostawić mnie z masą pytań i tylko połowicznym zaspokojeniem czytelniczej żądzy… Jeśli więc zależy wam na zachowaniu własnych nerwów, lepiej czytajcie od razu cały czteroksiąg, bo w innym wypadku… Co by nie mówić, oczywiście gorąco polecam przeczytanie tej serii, bo w obliczu igrzysk i niezgodnych, jest to propozycja nadzwyczaj godna polecenia. 




Jak żyć #5

Nieduże podsumowanie roku 2017, który był… Szczerze mówiąc, trudno jest mi się jednoznacznie odnieść do moich, jakby to ująć, „wraż...